Firlejek albo zapach świąt

Kelly Carney (CC)

Wiecie… To może trochę dziwne, ale kiedy już ustawię  w pokoju choinkę, to siadam, patrzę na nią, patrzę – i co widzę? Firlejek. Prosty, drewniany przyrząd służący do mieszania płynów i substancji sproszkowanych, najczęściej naleśników, zwany również mątewką, lub przez moją żonę – koziołkiem. Widzę go. Jest tam, ukryty w pniaku i kilku gałązkach, a ja kiedyś wyrżnę go kozikiem z uschłego już drzewka, by jakiś ślad pozostał po minionym czasie.

Tu Proust się wprost przypomina, z jego magdalenką. Nie tą, od wielkiej polityki, podwarszawską rezydencją MSW i firlejka 1988, ale z ciasteczkiem niepozornym, acz ponoć smakowitym. Smak to, nie zapach naturalnie, ale jak to brzmi! „Przytłoczony ponurym dniem i widokami smutnego jutra, machinalnie podniosłem do ust łyżeczkę herbaty, w której rozmoczyłem kawałek magdalenki. Ale w tej samej chwili, kiedy łyk pomieszany z okruchami ciasta dotknął mojego podniebienia, zadrżałem czując, że się we mnie dzieje coś niezwykłego…”. U mnie tak jest z firlejkami. Mam ich w szufladzie wiele, na każdym wyrżnięty jest rok, a każdy ma dla mnie zaklęty na zawsze zapach świąt – i kiedy jego, to jest firlejka dotykam, czuję zapach czasu, choć to tylko kawałek wyschniętej, świerkowej gałęzi.

Wystarczy tylko pomyśleć i od razu czuje się ten specyficzny aromat. Święta Bożego Narodzenia pachną wyjątkowo, niepowtarzalne aromaty potraw wigilijnych oraz wypieków świątecznych łączą się ze sobą i wraz z aromatem świerku tworzą ten specyficzny piękny zapach. A przecież warto do tej bajecznej mieszanki zapachów dodać jeszcze kilka innych, zapamiętanych z dzieciństwa aromatów.

Ot, firlejek z lat sześćdziesiątych, jeden z moich najstarszych. Pamiętam – tata zabrał mnie ze sobą kupować choinkę. Był wtedy mróz siarczysty, taki że śnieg aż skrzypiał pod butami. Na rynku stały wozy i konie,  z workami obroku na głowach, oszronione i pokryte derkami. Woźnice przytupywali z zimna i zabijali rękami po kożuchach. Pamiętam, że wszędzie unosiła się para: od koni, ludzi, końskich odchodów i uryny. Tata wybierał choinkę a ja trochę się bałem tych parujących koni. Choinki leżały na wozach ośnieżone, prosto z lasu, i jak je tata podnosił to sypały wokół miałkim śniegiem i pachniały ostro świeżą żywicą.

Potem przemarznięci wracaliśmy do domu. Jak weszliśmy do pokoju to aż buchnęło gorącem od rozpalonej do czerwoności kuchni. Mama się na nas zezłościła i powiedziała: „Ja tu podłogę dopiero co  zapastowałam, a wy mi śnieg nanosicie!” Tata wziął drewniany krzyżak, podciął siekierką gałęzie i ustawił choinkę w kącie pokoju. Potem ją stroiliśmy, tata z mamą, a ja z siostrą podawaliśmy im bombki, orzechy, jabłka i złote cukierki, i klejone łańcuchy.

Bombki były wysoko, i oblane woskiem ze świeczek. A ja do dziś nie zapomniałem tego zapachu parujących koni, uryny i zapastowanej przez mamę podłogi. I myślę, co wtedy mogło tak pachnieć w kuchni: margaryna czy ceres?

Szarpnięty wzruszeniem wspomnień za gardło namówiłem kiedyś za pomocą pół litra znajomego chłopa, by furmanką przywiózł mi choinkę pod blok. Chłop honorny był – jak wypił, to i zrobił. Koń zgodnie z tradycją też zrobił co swoje, ja zaś szczęśliwy wniosłem do domu drzewko, osadziłem je w drewnianym stojaku i zapastowałem żonie panele. Skończyło się to karą dla chłopa za nielegalną wycinkę, tudzież mandatem za obsranie przez chabetę podwórka, a dla mnie cichymi dniami z żoną przez święta za zapaskudzenie pastą podłogi.

Żona goni mnie już zresztą z tymi firlejkami do piwnicy, bo w kredensie brakuje dla nich miejsca. Choinki też już od wielu lat sztuczne, ale ja zawsze znajdę jakąś, w cieple czyjegoś domowego ogniska wyschniętą, a teraz  na śmietniku los swój niechlubnie kończącą. I nie bacząc na dość szczególny zapach poświątecznych bigosów unoszący się ze śmietnika, wyrzynam z niej swojego firlejka, datując go kolejnymi numerami lat. A zapach świąt?

Poczujcie go poprzez wspólne ubieranie choinki, śpiewanie kolęd i rodzinne spotkania. I pomimo tego, że pogoda za oknem jest nieraz paskudna, zobaczcie oczami swojej wyobraźni puszysty śnieg, wesołego bałwanka i radosne dzieci, rzucające się śnieżnymi kulkami. Tego życzę wszystkim, których znam. Bo to przecież jest nasz – zapach czasu.