fot. Sergiusz Różański

W licznych sercach mają swoje miejsce. Gdy jedni są zajęci swoimi sprawami, pewna grupa pracuje nad ich kolejnymi edycjami. Jest to niezwykły czas, pełen niespodzianek, zbierania doświadczeń, poznawania ludzi, rozwijania pasji. Przypomnijmy sobie zatem, czym są La Strada i Brama do La Strady. Dowiedzmy się, kto stoi za sukcesem tych kaliskich inicjatyw.

 

To już ponad 20 lat…

 

Andrzej Tylczyński: Projekt, który w tym roku miał 22. edycję, przez wiele lat funkcjonował jako festiwal, nie tyle teatrów ulicznych, co artystycznych działań ulicznych. Siłą rzeczy sztuka teatru zdominowała jego formułę. Inicjatywa pozostała jednak otwarta na inne wypowiedzi artystyczne. Tak było na przykład z „Muzyką na balkonie” – pomysłem Łukasza Jaskóły, czy wystawami fotograficznymi, plastycznymi (dziś nazywanymi street artem).

Zaledwie kilka lat temu pojawił się pomysł, aby włączyć widza w artystyczne działania. Chodziło o to, aby w świadomy sposób zaktywizować odbiorców, np. poprzez wspólną realizację spektaklu – od przygotowania po zagranie w nim. Jako obserwator polskiego teatru ulicznego dostrzegam potrzebę świeżej krwi, która powinna napłynąć do tego medium. Tak zrodziła się idea Bramy do La Strady.

Razem z Olą Kubiak i Moniką Frątczak zastanawialiśmy się nad nazwą wydarzenia. Pierwszym zaproponowanym przeze mnie tytułem był Portal La Strada (zgodny z włosko-łacińską nomenklaturą). Portal to brama. Dziewczyny mnie jednak przegłosowały i oświadczyły, że słowo „Brama” będzie czytelniejsze dla odbiorcy. Ola z Moniką nadały temu pomysłowi główne ramy.

Postanowiliśmy, że zwrócimy się z wnioskiem o grant do Funduszu Wyszehradzkiego. Procedury konkursowe przewidują, że ofertę oraz korespondencję należy sporządzać w języku angielskim. Formalności przejęły zatem Ola i Monika. Ola pierwszy wniosek przygotowała w 2012 roku. Projekt został złożony i pozytywnie rozpatrzony przez Fundusz.

Dzięki moim wieloletnim kontaktom z teatrami ulicznymi, z polską i zagraniczną widownią oraz udziałowi w sławnym rejsie statkiem komediantów z państw Grupy Wyszehradzkiej płynącym z Moskwy do Petersburga, poznałem Kubę Vedrala z Czech i Węgrów. Złożyliśmy kolejny wniosek wyszehradzki, który musiał być podpisany przez grupy partnerskie, czyli Polskę, Węgry, Czechy i Słowację. Tym razem Mikołaj Wiepriew pomógł nam pozyskać słowackiego partnera. Od ubiegłego roku jest to Thalia Teatro z Moniką Necpalovą, wiec mamy stałych partnerów.

Jako Centrum Kultury i Sztuki nie dysponujemy własnym teatrem ulicznym. Pomaga nam od pierwszego projektu, jako reprezentant Centrum i Polski, teatr Nikoli z Mikołajem i Dominiką. Tak to się zaczęło.

Monika Frątczak: Brama do La strady to dla mnie głównie warsztaty czterech grup z państw wyszehradzkich. Jest to moment, kiedy obserwuję uczestników, rozmawiam z nimi. W tym roku na zajęcia przyjechało bardzo dużo osób. Pojawiło się dwunastu zagranicznych warsztatowiczów i w efekcie każda grupa wzbogaciła się o inne narodowości. Wymiana doświadczeń odbywa się między teatrami oraz uczestnikami projektu – każdy ma odmienny styl pracy, osobliwie czuje i może przekazać to pozostałym. Cztery dni nie wystarczą, aby uczniowie stali się aktorami, czy ulicznymi artystami. Jest to jednak moment, w którym można przekonać się czym są: teatr i działania uliczne. Tę szansę daje różnorodność przedstawień.

Młodzi kaliszanie są nie tylko są obserwatorami, ale mogą uczestniczyć w tworzeniu spektakli, które później prezentują. Jest to, z tego co słyszałam, rzadkość – nawet na skalę europejską. Nie często zdarza się, aby twórcy i warsztatowicze mogli pobyć razem, ćwiczyć. Tymczasem właśnie kreatywne spotkanie jest istotą Bramy do La Strady.

A.T.: Żyjemy w zjednoczonej Europie, a Grupa Wyszehradzka jest częścią tego układu. Politycy zaczynają odwoływać się do kulturowego bogactwa Wspólnoty, które tworzy specyfika każdego z państw. Szczególną odrębność zaznacza Grupa Wyszehradzka. Brama do La Strady pozwala przekraczać symboliczne granice krajów członkowskich wyszehradzkiego zrzeszenia. Projekt daje możliwość poznania się w artystycznym działaniu. Staramy się, aby każda grupa, określana przez nas jako polska, węgierska, słowacka i czeska (różnoraka jednak w składzie), tworzyła przestrzeń do międzynarodowego kontaktu. Na czele każdego zespołu stoi lider kierujący pracą uczestników. Proces integracji monitoruje Monika.

Warto powiedzieć, że podczas warsztatów uwidaczniają się osobiste granice uczestników. Okazuje się bowiem, że istnieje podział mentalny np. między młodzieżą z liceum, a technikum. Na te bariery zwracali naszą uwagę opiekunowie. Zaznaczyli jednak, że zajęcia mają pozytywny wpływ na proces pokonywania ograniczeń.

Wiele emocji

M.F.: Największe emocje i największa radość są w trakcie prezentacji oraz po niej. Wszystko się wtedy wzmaga, a uczestnikom warsztatów jest trudno wyjechać. Spotkaliśmy się z pozytywnym odzewem. Teatrom podobał się projekt, który jest wyjątkowy w skali Europy – nie jedyny, ale na pewno jeden z kilku. Przypuszczam, że w Polsce to pierwsza taka inicjatywa. Koniec projektu to satysfakcja, ale też czas ewaluacji i planowania. Wszystko po to, aby kolejne edycje Bramy były coraz lepsze. Tegoroczne warsztaty zaskoczyły nas bardzo pozytywnie. Przede wszystkim imponująca była ilość zgłoszeń. Świadczy to o coraz większej popularności projektu. Należy pochwalić także poprzedni rok. Niektóre grupy bardzo profesjonalnie podeszły do tematu. Z pewnością nikt nie odgadłby, że prezentowane przez nich spektakle powstawały w ciągu zaledwie czterech dni.

A.T.: Brama to dla mnie ogromne przeżycie. Rozumiem intensywne działanie warsztatowiczów. Tym bardziej cieszy mnie widok gotowego spektaklu, a nie jedynie improwizacji na zadany temat. Ponadto doceniam pracę uczestników, ponieważ muszą oni konfrontować się z czasami bezwzględną w ocenie publicznością. Jestem bardzo zadowolony z tego, co powstało dotychczas. Wierzę, że będzie tak każdego roku.

Wybrałbym/wybrałabym grupę…

A.T.: Darzę wszystkich sympatią, a z ciekawości chciałbym być w każdej grupie. Życie sprawiło, że byłem już aktorem teatru Nikoli. Dlatego, z uwagi na wieloletnią znajomość, fajnych uczestników zespołu oraz ze względu na odpowiadający mi sposób rozumienia teatru ulicznego, wybrałbym Mikołaja.

M.F.: Również wszystkich lubię, ale szczególnie podobają mi się działania grupy węgierskiej. Ciekawe jest to, że ich pokazy przenoszą się poza formalny występ. Zespół spotyka się nawet po warsztatach, tworząc ciągle trwający performance.

Słowa podsumowania

M.F.: Mamy nadzieję, że dobra passa Bramy do La Strady będzie trwała. To wielka satysfakcja kolejny raz gościć tych samych uczestników projektu. Z równie ogromną radością witamy nowe osoby.

Warto zaznaczyć, że sama La Strada to jeden z czterech największych festiwali w mieście, do tego z wieloletnią tradycją. Ludzie wiedzą o wydarzeniu i przychodzą na nie od wielu lat – pięciu, dziesięciu, piętnastu. Są też tacy, którzy pamiętają pierwsze festiwale!

A.T.: Puentując, chciałbym powiedzieć, że Brama do La Strady nie funkcjonowałaby bez dwóch kobiet – Oli Kubiak i Moniki Frątczak. Monika „kręci ten młynek” od dwóch lat – jest ze mną ciągle. To jest ta cała wielka robota, której nie widać. W efekcie mamy festiwal. To jak aromat ze zmielonej kawy. Kilka dni wydarzenia to degustacja, delektowanie się smakiem.

 

Rozmawiała Oliwia Nadarzycka